RSS
niedziela, 15 października 2006
czekasz wciąż czekasz? Ja juz nie czekam...

To chyba prawda ze czlowiek całe zycie na coś czeka. Mysli o tym co sie ma zdarzyć, planuje w jaki sposób załatwi ważna sprawę, zastanawia sie nad mozliwymi niespodziankami losu paradoksalnie sprawiajac ze przestaja one nimi być... Przez ostatnie kilka dni dreczył mnie jakis niepokój, smutek cos w stylu jesienniej depresji  ciagle zastanawiałam sie  skad wynika ten mój humor. I wymysliłam;) W ciagu ostatniego tygodnia, dwóch nie wydarzylo sie nic na co mogłam czekać, o czym mogłam mysleć z niecierpliwością, planować, marzyć... Zauważyłam ze dotychczas nie zyłam tym co jest teraz wokoł mnie, wstajac rano  czesciej myslałam o dniu który ma nadejśc niz o tym który własnie nadszadł. Myslałam o tym co ma sie wydarzyc jutro, pojutrze. Pametam doskonale jak jeszcze przed wyjazdem do Londynu czekalam na to cały rok. Ciagle myslałam ze to co dzieje sie teraaz wokól mnie to tak jakby tylko chwila, moment który przyspiesza tylko mój wyjazd, ze nawet jak jest mi źle to "przeciez wyjeżdzam niedługo..."  A ostatnio złapałam sie na tym, że zaczełam mysleć o tym ,że moze niedługo za rok, póltora wróce do Polski i o zgrozo zaczełam na to czekać! przez blisko dwa dni chodziłam w lekkim zawieszeniu na ten temat... po czym stwierdzialam ze nie mogę tak mysleć, robić. Ze powinnam zyc tym co sie dzieje tu i teraz a nie tym co bedzie sie dzialo za rok dwa. Mysle, że juz bardzo dawno wiedzialam o tym ze nie powinnam w taki sposób podchodzic do zycia, a jednak wciaz to robiłam. Chyba stad wynikala czasem moja frustaracja. Przed wyjazdem z Polski postanowiłam sobie ze wszystkie smutki, ze takie podejscie do zycia tzw. "co by bylo gdyby..." i "co bedzie gdy" zostawiam za drzwami. Dotychczas mi sie to nawet udawalo, zyłam sobie praca, spotkaniami ze znajomymi, wyjsciami do kina, do pubu. A potem dopadly mnie te mysli.  Mysle, że jednak musi cos w tym być ludziom chyba z natury latwiej zyc spedzajac godziny na mysleniu o tym co bedzie gdy mnie juz tu nie bedzie... a nie na tym co zrobic zeby mi było teraz lepiej tu i teraz! Postanowiłam wiec przestac tylko mysleć postanowiłam zaczac działać;) Chciałabym kazdego dnia sprawic sobie jakaś przyjemnośc... hmmm dlaczego nie? jezeli potrafiłam przed dłuzy czas mojego  dotychczas zycia mysleć o problemach, zastnawiac sie nad  tym co bedzie gdy stanie sie jeszcze gorzej badź gdy cos mi sie nie uda... teraz powinnam nauczyc sie mysleć wiecej o dobrych, przyjemnych mozna rzec nawet optymistycznych rzeczach. Bardzo czesto przed zasnieciem myslałam o minionym dniu o tym co spotkalo mnie smutnego wesołego. Czesto te moje czuwanie konczylo sie na rozmyslaniu o tym dlaczego tak sie stalo a nie inaczej i co sie jeszcze moze zdarzyc. Wczoraj chyba poraz pierwszy w zyciu pomysłalam o tym ze jestem teraz nad morzem, że leze na plazy a wokol mnie jest spokoj cisza. Oj jak błogo bylo mi zasnac otulona takimi marzeniami. To o niebo przyjemnniejsze niz zastanawianie sie dlaczego moja kolezanka z pracy byla dzisiaj dla mnie taka niemiła... 

    

17:27, dorocia22
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 sierpnia 2006
krótka notka o wolnych zwiazkach...

ti dziwne ale mm potrzebe napisania o tym, napisania o tym jak mi źle... Niewygodna jest ta mysl hmm ale od poczatku. Rzecz sie odnosi do wolnego zwiazku jakos nie potrafiłabym sie odnalzeźc w takiej sytacji. Dla mnie zwiazek z drugim człowiekeiem to zwiazek nie tylko ciał ale dusz również. pewnie zyje w jakims wyidealizowanym swiecie i mam twardo trzymam sie archetypu zwiazku jaki zostal mi wpojony i jaki sama chciałabym zbudować... Niestety samotnośc w takim wielkim miescie przzytłacza okrutnie, im wiecej ludzi mnie otacza tym bardziej czuje sie samotna i jakos nie moge sie odnaleźć. Dopadły mnie takie mysli po moim dlugim weekendzie... Dotychczas moim najważniejszym prioryteten bylo uczynic sama siebie szczesliwa wówczas bede mogła uczynic szczeliwą druga osobę. Bo co zrobic ja ja sama nie bede potrafiła tego uczycnic czy ktos inny nei wiedzac do konca czego pragne oczekuje bedzie potrafił to zrobić?? Własnie napisłam dotychczas, jakos powoli trace wiarę ze to działa. Chciałabym potrafic wstac rano spojrzeć w lustro i powiedzeć jak Salvador Dali ze dokonam dzisiaj czego wspaniałego, czegos z czego bee mogła byc dumna... Staram sie cwiczyc afirmacje swojej osoby... Ale rzecz miała sie rozchodzic o wolnych zwiazkach hmmm jak to jest to tylko milosc fizyczna i wolnosc psychiczna niby to komfort ale dla mnie to byloby wiezienie... wiezienie dla moich uczuc, emocji taki mur. mogloby to wyglądac tak jakbym sie rozpedzała ale nie biegła tylko stała w miejscu. Wiem ze moj poglad moze byc mocno ograniczony, pewnie z uwagi na emocje jakie mna teraz targaja, ale czy nie powinnam byc w tym momencie egoistycznie asertywna ze tak to nazwę i zyć marzac o tym ze kiedys spotkam kogos kto pozwoli mi uwolnic swoje emocje uczucia. Paradoks zabierze mi wolnośc dajac ją mojemu wewnętrznemu swiatu przezyc i potrzeb...

11:43, dorocia22
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 sierpnia 2006

mysle ze przyszedł juz czas na napisanie o moim życiu w Londynie... nie chce tutaj streszczac co i jak z dokładnoscia.

odnalezienie sie tutaj w tym wielkim - nazywanym przez wszystkich małych ludzi - Świecie nie jest wcale taka prosta sprawa. Rzecz ta odnosi sie nie tylko do komunikacji miejskiej i miedzyludziej ale tez do onalezienia sie w tych całkiem nowych realich, do kótrych człowiek nie jest przyzwyczajony. Ja tam od małego bylam uczona skromności i bycia posłuszna... Tutaj widze ze świat najszybciej zdobywaja ludzie, którzy skromność zostawili za drzwiami i posłuszeństwo - to raczej cos co oczekuja od innych ludzi wzgledem siebie. Nie moge powiedziec ze jest mi tutaj źle bo wrecz przeciwnie. Dobrze mi sie tutaj zyje i pracuje. Powoli moje istnienie nabiera barw. Mam okazje uczyc sie portugalskiego, poznac duzo innych ludzi i próbowac przyzwyczaic sie do inch mentalności. Duzo mozna napisac co obserwuje ale raczej dzisiaj nie pora na to. Wlasnie jestem po pracy. koncze bardzo pozno i jestem w domku dopiero o 12.00 w nocy, musze przejechac prawie cały lonyn metem zeby sie dostac do domu... http://www.itsu.co.uk/ tam mozna zobaczyc gdzie pracuje... a dokladnie na Chelsae. Lubie tę  moja pracę, wlasnie koncząco tym portugalskim. Pracuje z ludzmi z Brazyli i oni z checia ucza mnie swoje jezyka, ostatnio zakupiłam sobie słownik i rozmówki zobaczymy jak długo bede miała ochote uczyc sie tego jezyka:)

plany plany na przyszłosc...

 chciałabvym tutaj zostac minimum rok czasu we wrzesniu isc do collegu jezykowego co wiarze sie z tym ze bde musiala zmiwnic prace bo niestety obecne godziny pracy nie pozwola mi na nauke... a co dopiero na zycie towarzyskie jakie mozna toczyc w londynie. A własnie co do tego zycia to od jutra do soboty mam wolne i mam nadzieje ze jakos milo spedze te dni:):)

bede konczyc pora polozyc sie łózka...

02:14, dorocia22
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 czerwca 2006
"pomroczność jasna" - oby nie jutro...
Jutro to sie bedzie dzialo... poniewaz na jutro przypada dzień mojej obrony, dzien który bedzie zwieczeniem mojej trzyletniej pracy na uczelni:) Hmm w zasadzie to dzisiaj jeszcze tak mocno sie nie denerwuje, ale mysle ze jak juz bede czekala na swoja kolej to wtedy beda nerwy i ta straszna pustka w glowie:( mam nadzieje, ze nie ogarnie mnie "pomroczność jasna" jak zostana mi zadane pytania...
Heh ciezkie jest zycie studenta, ale teraz po ukonczeniu studiów konczy sie pewnien etap w moim zyciu. Juz niedlugo bede musiała zaczac wymagac od siebie jeszcze wiecej a co za tym idzie zapewne dowiem sie o sobie wiecej niz dotychczas... Przeraza mnie szukanie pracy, a najbardziej chyba przeraza mnie ta rutyna ktora za tym idzie, praca - dom- praca. Ciekawym urozmaiceniem moze bedzie to, ze nie bede szukala tej pracy w Polsce. Tylko jakos nie usmiecha mi sie opcja zmywania naczyń posiadając wyzsze wyksztalcenie. W zasadzie kwestia materialna przewyzsza w tym momecie moją potrzebę samorealizacji. Ale jak wiadomo jest ona najwyzej umieszczona w piramidzie Maslowa wiec powoli powoli na wszystko przyjdzie czas, mam nadzieje, ze uda mi sie tak rozplanowac ten czas, zeby móc wrócic niebawem na uczelnie... Nie chciałabym poprzestac tylko na tym co mam. 
17:21, dorocia22
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 czerwca 2006
Guantanamo - Mekką dla amerykańskiej polityki... być czy nie być?

Trzech więźniów pilnie strzeżonego amerykańskiego więzienia Guantanamo na Kubie popełniło samobójstwo. Podano różne motywy ich śmierci. Jeden z nich został nazwany „aktem desperacji”. Przyczyną mogło być szeroko pojęte „złe traktowanie więźniów”. Nie od dziś istnienie Guantanamo jest sprawą wywołującą szereg międzynarodowych dyskusji, oraz kontrowersji. Amnesty International nazwał go gułagiem naszych czasów, gdzie nie szanowane są żadne z praw człowieka, ONZ bezskutecznie wzywa władze Ameryki do zamknięcia więzienia, natomiast Bush wraz ze swoim całym gabinetem odpiera te ataki mówiąc z dumą o Guantanamo i przypisując mu odgrywanie znaczącej roli w walce z terroryzmem, dokładnie nazywając go „kluczowym bastionem”.

Za murami więzienia obecnie „wyrok” odsiaduje ok. 500 więźniów w większości są to talibowie oraz członkowie al - Kaidy. Hierarchie ich ważności, a co za tym idzie zagrożenia w kontakcie, wyznaczają kolory uniformów. Pomarańczowy został przeznaczony dla tych najgroźniejszych. Fakt jednak, że kolor ten nie oznacza nic innego jak stosunek więźniów do strażników; jesteś grzeczny, słuchasz poleceń – w nagrodę dostajesz biały uniform i pozwolenie na grę w szachy.

Od sierpnia ubiegłego roku ok. 73 aresztowanych rozpoczęło strajk głodowy. Odmawiając przyjmowania posiłków, utrzymując się przy życiu jedynie dzięki płynom. Jednakże strajkujący nie mają możliwości wykonywania swoich zamierzeń. Mimo iż nie chcą spożywać posiłków są one im podawane przez rurkę. Jedna z dziennikarek odwiedzająca Guantanamo podczas tzw. „drzwi otwartych”, napisała, iż więźniom nie podaje się wcześniej żadnych środków znieczulających, oraz po „nakarmieniu” jednego więźnia tej samej rurki używa się przy kolejnym pacjencie. Władze więzienia fakt przymusowego karmienia tłumaczą słowami „Nie pozwolimy im umrzeć”

Jak wspomniałam już wcześniej „wyrok” w Guantanamo odsiaduje ok. 500 zatrzymanych. Nie bez kozery wyrok napisany został przeze mnie w cudzysłowiu. Gdyż żaden niezależny sąd tak naprawdę nie podejmuje się oskarżenia zatrzymanego, a co dopiero mówić o jakiejkolwiek obronie. Tzw. sądy administracyjne skazują aresztowanego na pobyt na czas bliżej nie określony za murami Guantanamo. Podczas rozprawy są ujawniane jedynie w 20% zarzuty stawiane oskarżonemu resztę uznając za tajne i będące niepodważalnym dowodem skazującym zatrzymanego na więzienie.

Władze więzienia uważają, iż „tutaj wcale nie jest źle”. Każdy z aresztowanych ma pozwolenie na posiadanie Koranu, w każdej z cel na ścianie została narysowana strzałka oznaczające drogę do Mekki, więźniom serwowana jest nawet pizza oraz słodkie przekąski w tym przypadku Milki Way. Więźniowie mają prawo do spacerów, do oglądania meczów reprezentacji Arabii Saudyjskiej, Turcji. Zdumiewający jest fakt, iż podaje się, że posiłki spożywane przez więzniów są takie same jakie dostają strażnicy, a jeszcze większe zdumienie wywołała u mnie wypowiedź jednej ze strażniczek, iż sprowadzane są orginalne przyprawy oraz gotowane narodowe potrawy, wszystko po to by więzień mógł czuć się komfortowo.

Czyż więc wobec takich warunków powinno się protestować, a tym bardziej wyrazem protestu powinien być strajk glodowy...?

Dyskusja, refeksja, kontrowersja... nic tak naprawdę nie wygląda tak jak przedstawia to amerykańska administracja. Za słowami tymi iść może ujawnienie przez media przejawów znecania się nad więzniami, niehumanitranego traktowania, męczenie głośną muzyką, rozkazu stania podczas puszczania hymnu USA, nie pozwolenia na sen przez kilka dni, nie wspominając o przemocy, katowaniu, biciu, poniżaniu. Czy takie organizacje jak ONZ czy Amnesty International mogą się mylić uważając Guantanamo za przejaw zła i postulując o jego zamknięcie?

Odpowiedzią Busha a zarazem chęcią obrony jest zezwolenie dziennikarzom na coroczne wycieczki do Guantanamo, na rozmowę z więźniami, na zajrzenie w każdy kąt. Hmm to ciekawe...

Ciekawy jest również status nadawany więźniom, nazwani oni zostali „wrogimi bojownikami”, w skutek czego Konwencja Genewska nie chroni ich praw, gdyż ogranicza je ona jedynie do jeńców wojennych. Więc co bądź kto chroni ich prawa?

Jednym z faktów, który wywołał u mnie duże zdumienie było umieszczenie więzienia na Kubie. Fidel Castro przecież słynie ze swojej wrogości do USA, przypisując im imperializm. A tu niespodzianka. No ale to wcale nie jest tak jak by się wydawało... Z ciekawości dotarłam do informacji, iż od 1902r. na czas nie określony, Ameryka dzierżawi na Kubie fragment ziemi, za co płaci rok rocznie władzom Kuby hmm znaczy się Fidelowi.

Wszystko jednak można wytłumaczyć... nawet strajk rezydujących w Guantanamo talibów . Wszystko tłumaczy "Dokument manchesterski" znaleziony przez brytyjską policję w domu zamieszanego w zamachy bombowe członka al Kaidy pod Manchesterem "encyklopedia dżihadu". Jest w nim instrukcja, jak się zachowywać po schwytaniu przez wroga: nie podawać nazwiska ani narodowości lub podawać fałszywe, przy spotkaniu z prawnikiem lub sądem przy każdej okazji głosić, że się jest torturowanym, nieludzko traktowanym, zawsze domagać się uniewinnienia. I co o tym myśleć...

Sądzę, że nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć kwestii słuszności istnienia Guantanamo... Zawsze znajdą się przeciwnicy i zwolennicy tej idei. Natomiast myślę, że można jednoznacznie rozstrzygnąć kwestie poszanowania życia oraz godności każdego człowieka...
22:34, dorocia22
Link Komentarze (4) »
sobota, 10 czerwca 2006
...
"Bo śmierć to zbyt mały powód żeby przestac kochać"

Poszłam dzisiaj na cmentarz, zapaliłam znicz na grobie babci. Babcia odeszła od nas całkiem niedawno... i ilekroc chodzę do niej to czuje jej obecność kolo mnie... usiadałam na ławce, tam gdzie zwykła ona siadać patrzylam na tabliczke na której ktoś wypisał jej imie i jakos nadal nie moge w to uwierzyc, ze juz jej nie ma... Ze życie to tak naprawde chwila w stosunku do wieczności... Nie spodziewalam sie nigdy, że moge tak bardzo przezyc odejście kogos mi bliskiego... Babcia pokazala mi jak zrobić to z godnościa i mimo bezsilności z uniesiona glowa do końca... To piekne... pamietam ostatnie dni, spedzone przez nia w szpitalu... od razu zasneła, tak po prostu przygotowywała nas do swojego odejscia sama bedac juz w drodze... Pamietam jak bałam sie byc tam sama kolo niej... balam sie o jej kazdy oddech, który wydaje sie nam byc czyms tak lekkim i prostym, ja wówczas kosztował tyle wysiłku... Kazdy ten oddech skracal juz jej zycie...
Babcia zyła pieknie i w taki sam sposób odeszla... do konca chciała poradzic sobie ze wszystkim sama. Pamietam jak zdarzyla nakrzyczec na mnie w szpitalu, ze sie martwie i ze nie powinnam sie smucic...
I dlatego siedzac dzisiaj na ławce i patrzac na kwiaty złozone na jej grobie nie bylam juz smutna, chciałam dac babci tą wizyta troszke radosci, dlatego podarowałam jej dzisiaj usmiech...

 
22:27, dorocia22
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 czerwca 2006
:)
no i wróciłam po dłuzszej przerwie... Ehh duzo sie wydarzylo w moim zyciu ostatnio... I pewnie jeszcze wiecej sie wydarzy na dniach...
Moze pokolei:
Dzisiaj w koncu oddałam oprawioną prace licencjacka do dziekanatu Ah! jaka bylam z siebie dumna jak niosłam ją w torbie:) Wspaniałe uczucie. No i teraz plan na najblizyszy miesiąc OBRONIĆ SIE :)

Poza praca lic. troszke sie pobawiłam ostatnio. Zorganiowali w moim miescie koncert reggae i jednym słowem było super, dawno juz tak sie nie wybawiłam z przyjaciólmi...

Oprócz przyjemnych rzeczy, które wymieniłam powyżej wydarzylo sie takze troszke mniej sympatycznych... Ale tego nie warto i nie chce opisywać. Powiem tylko tyle, ze dzieki nim dowiedzialam sie kto jest moim przyjacielem, na dobe i na złe... P.S lista moich znajomych nieznacznie sie ukróciła...




15:45, dorocia22
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 kwietnia 2006
gdzies może spotkam siebie...
zrobiłam sobie dzisiaj wagary. Nie pojechałam na uczelnie, chciałam nadrobić pisanie pracy licencjackiej... ale jak zawsze najbardziej byłam zmotywowana do pisania w momencie podejmowania decyzji...;)

Dzisiaj jednak nie o swoim lenistwie chcialam pisać;) Niedlugo przyjdzie mi podjac jedna z ważniejszych decyzji w swoim życiu... Za dwa miesiące skończe studia, (ktore tak na marginesie zupelnie nie spełniły moich oczekiwań) i bede musiała zdecydować czy wyjechać na dluzej do Londynu, czy wrócić i dalej sie kształcić. Poniekąd chyba bardziej dojrzałam do podjecia decyzji co do kierunku studiów niż 3 lata temu.
Pamietam  jak wygladało moje zycie 3 lata temu, byłam szalenie zakochana nastolatka, która swoje plany podporządkowała jednej osobie, której juz teraz nie ma przy mnie... ( za co jednak jestem teraz zdolna nawet podziekować...)
Wtedy wszystko wygladło inaczej, było bardziej proste, oczywiste... a teraz kiedy upłyneło juz troche czasu, duzo sie zmienilo, poznałam duzo ludzi, ktorzy otworzyli moje oczy na pewne sprawy... Ale co z tego jak i tak do konca nie jestem pewna czy chce wrócic czy zostać tam...
Obecnie obserwuje nowe podejscie ludzi, którzy nie wyjeżdzaja z kraju, uważają ze uciekam, ze nie chce walczyc tutaj, ze sie poddaje, ze nawet zdradzam kraj... Hmm ciekawe ile jest w tych wypowiedziach prawdy nacechowanej patriotyzmem, a ile zawiści i goryczy? W sumie to nawet nie chce tego rozstrzasac... Sprawa dotyczy tylko i wyłaczne mnie i tego jak ja bede do wszystkiego podchodzić. Jezeli potraktuje to jako szanse wówczas wszystko bedzie ok. Warto zaznaczyc, ze nie tylko i wyłacznie jako szanse zarobienia pieniedzy... Z drugiej strony szansa sa równiez studia i inne zycie w wiekszym miescie, zycie na wlasny rachunek... Jedno jest pewne w lipcu wyjade a to czy wróce w październiku do Polski to chyba bedzie bardziej jasne na miejscu teraz raczej nie podejme tej decyzji. Chyba jedyne co moge zrobić to zlożyc podanie na studia i poczekac na jego rozpatrzenie...
Cale wakacje pracować na Wyspach, i  zastanawiać sie gdzie tak naprawde jest moje miejsce, gdzie i z kim chcialabym być teraz... Moze taki pobyt z dala od wszystkich i wszystkiego pozwoli mi nabrac dystansu do siebie, moze gdzies tam uda mi sie spotkać ze samą sobą...
   
16:00, dorocia22
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 kwietnia 2006
"crash" intelektualny;)
Poszłam dzisiaj z koleżanką do kina na "Miasto gniewu". Nawiasem mówiąc świetny pomysl miał dyrektor naszego Centrum Kultury i zorganizował tzw. Oskarowy Tydzień. Wiec poszłysmy... i wyszłam z niego nieco innym człowiekiem. wiem ze ktos moze mnie posądzić o przesade w uzyciu takiego stwierdzenia, ale to prawda. Wiecie jakie są moje ulubione momenty podczas obcowania z kultura. Pierwszy gdy po przeczytaniu ksiązki zamykam ją i ta chwila gdy patrze na jej tylną okładke jest cudowna... Drugi gdy po dobrym filmie, patrzę na napisy lecace na ekranie i nie mogę nic zrobić, ani sie podnieść z fotela, nic nie moze rozproszyc moich mysli w tym momencie. Ta chwila trwa zaledwnie kilka sekund ale jest cudowna.. hmmm mozna by ją nazwać orgazmem intelektualnym;) Teraz mi sie przypomniało jak podrózując metrem w Londynie miałam okazje obserwować pewną kobiete podczas czytania książki, jakież było moje zaskoczenie gdy po przeczytaniu ostatniej strony, tak poprostu zamkneła ksiązke i schowała ją do torebki... Bez żadnej refleksji na twarzy, tak rutynowo i od tak beznamiętnie... Wiem, ze być może oceniłam ją wzgledem siebie, że zmierzylam ją swoją miarą, ale nie potrafiłam powstrzymać w sobie zawiedzenia i odczucia sprofanowania tej chwili... No ale wracając do "miasta gniewu" - "Crash" tak na margiesie. Nie bede tutaj streszczać całego filmu... Chciałabym sie podzielić wnioskami jakie mi sie nasunely po obejrzeniu. Uswiadomiłam sobie dzisiaj jak bardzo ludzie ulegaja nie tylko stereotypom rasowym, ale pozorom... Jak bardzo ja ulegalam pozorom podczas ogladania tego filmu... Wydaje nam sie ze skoro człowiek dzieli sie z nami swoimi opiniami na jakis temat, krytykuje czyjes zachowanie, to on absolutnie tak się nie zachowuje - a tu zaskoczenie- własnie ze tak sie zachowuje... Nie mówie ze wszyscy ludzie tak robia.. nie chce generalizować, chce tylko zwrócić uwage na to, że tak naprawde człowieka poznajemy po jego czynach... Jakze czesto zapominamy o tym... Na poczatku liczy sie dla nas to jak wyglada, potem to co mówi... a na koncu to co robi! A to wlasnie jest najważniejsze... Jestesmy chyba krotkowzroczni w tym temacie i lubimy oceniac człowieka po jego wygladzie... Ostatnio nawet miałam taka sytuacje hmm pokusze sie zeby ja opisać. Pare dni temu rozmawiałam ze znajomym na gg. podlaczyl sie do mnie ktos kogo wczesniej nie znałam. Po kuriozalnym przywitaniu;) zapytal mnie ile mam wzrostu, ile mam lat, jakie mam wymiary i z góry zastrzegł ze nie lubi grubych dziewczyn, chociaz nie zdazyłam mu jeszcze odpowiedzieć... Zdazyłam zaledwnie powiedzieć ile mam wzrostu (155 tak na marginesie;) i nieznajomy stwierdził ze to za malo i sie pozegnal... Smieszna musialam miec mine jak siedzialam przed monitorem i czytałam te rozmowe. W zasadzie to potem sama sobie robiłam wyrzuty po co w ogole z nim rozmawiałam... ale takie sytuacje tylko utwierdzaja mnie w pewnych przekonaniach... ze człowiek to wzorokowiec, i rzadko patrzy oczami duszy na druga osobe. To wszystko jest takie płytkie. Ludzie szukaja piekna naookoło gubiac gdzies po drodze to piekna wewnetrzne. Dlatego lubie czasem poczytac sobie blogi innych osób, wówczas mam szanse poznac choc troszeczke ich bez tej otoczki jaka jest twarz, fizjonomia... Dzieki temu udaje mi się uniknąć oceniania po wyglądzie i skupić się na tym co mysla... W "normalnych" kontaktach z ludzmi uczę sie tego cały czas i potrafie sie przyznać do tego ze wcale nie jest to łatwe...
18:26, dorocia22
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 kwietnia 2006
kto to wie jak to jest naprawdę?
" Wydaje mi się, że większość ludzi na świecie - z niewielkimi wyjątkami - uważa, że zycie i świat rządzą się prawami logiki ( a przynajmniej powinny). Często mi to przychodzi do głowy, kiedy z kimś rozmawiam. Coś się wydarza - może to być coś w życiu prywatnym albo na skalę społeczeństwa - a ludzie często mówią coś w rodzaju : "No tak się zdarzyło, dlatego że coś tam..." Wielu wypadkach nawet godzą się z tym, mówiąc "aha, no tak, rozumiem" ale mnie ciągle trudno to zrozumieć. Bo "no tak , to się zdarzyło" i "dlatego, że coś tam" wcale nie wyjasnia dlaczego, po włożeniu zupy do kuchenki mikrofalowej, nacisnięciu guzika i poczekaniu aż zadzwoni, wyjmuje się goracą zupe..." 'Kronika ptaka nakręcacza' H.Murakami.

Coraz częściej zastanawia mnie ten fakt, a lektura ksiązki która teraz czytam prowokuje mnie coraz bardziej do myślenia, ze to co się dzieje wokół nas wcale nie musi być logiczne, zrozumiałe... Ze wcale nie trzeba sobie tłumaczyć pewnych faktów tak "logicznie" na siłe...

W zasadzie kiedyś uparcie myślałam, że nasze życie jest juz z góry zaplanowane przez kogoś, że ktoś tam "na górze" kieruje naszym losem... Potem jednak zaczełam buntować się, że przecież mam prawo podejmowania wyborów, decyzji i że takie tłumaczenie "Co ma być to będzie" jedynie zwalnia mnie we własnym mniemaniu z odpowiedzilności poniekad za wyglad mojego życia... Moje mysli w tym kierunku poczely jednak ewoluować ale nie sądze żeby to była jakaś progresywna ewolucja;) Zaczełam mysleć, ze na nasze wybory ma również ktos wpływ, że podsuwa nam pewne możliwości, ewentualności a my tylko biernie ( subiektywnie mysląc, że czynnie) kierujemy naszym losem...
Im dłużej próbuje konstruktywnie myśleć o tym fakcie tym tudniej mi przychodzi formułowanie jakiś wniosków... Może jest tak, ze nawet to, że o tym myslę jest kierowane przez kogoś kto poniekąd nie chce zebym odkryła jak jest naprawdę:)



19:43, dorocia22
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2